Z pamiętnika podróżnika

Rym trywialny, ale natchnęło mnie, aby napisać o ostatnich zagranicznych wojażach. Przestanę być w końcu posądzamy, że drę gardło tylko w Chinach. Graliśmy w Niemczech, w Rendsburg.

Pojechałem na ten koncert z pewnymi obawami. Trafiło nam się grać w święto piwa. Czy Wy wiecie co to znaczy święto piwa??? Mnie ta impreza nie przestanie chyba nigdy zadziwiać. Jedno jest pewne, za tym zacnym trunkiem długo nie będę tęsknił. Nie miałem pojęcia, że jestem wstanie tyle w siebie wlać.
Ale do rzeczy. Jedziemy z chłopakami i myślę: Niemcy, święto piwa, my gramy w klubie. Jakoś tak… dziwnie. Rozpieszczeni przez publiczność w Chinach… mówiąc wprost miałem obawy.
Przyjechaliśmy na miejsce i przeżyłem szok. Ludzie otwarci, mili. Właściciele klubu (Niemcy,żeby nie było niedomówień) przywitali nas po staropolsku (czytaj: napijmy się bracia). Publiczność mimo konkurencyjnych imprez (masa masówek) w komplecie. Ludzie ciekawi muzy. Po prostu super.
I puknąłem się w te swoje zakola, myśląc: stary baranie, jak jeździsz za granicę zostaw swoje zahamowania i uprzedzenia w chałupie. Ten świat się zmienia, nawet po sąsiedzku, i warto by nie zostać w tyle… także mentalnie.



P.S. Cholera, a mecz szlag trafił… Ale to wiedzą wszyscy.
Trwa ładowanie komentarzy...